Już mi niosą suknie.. czyli przygotowania do ślubu

Nasz ślub był szokiem dla wielu osób. Tomek zatwardziały kawaler, ja lekkoduch włóczęga. A jednak stało się.. I to dość zawrotnym tempie 🙂 Czyli nasze zawirowania i  przygotowania do ślubu. Bo w życiu nie wszystko musi być po kolei.

Wszystko nie po kolei

U nas nie może być normalnie, bo po co. Więc nasz ślub też był dość nieoczekiwanym faktem – szczególnie dla rodziny. Oznajmiając im, że zamierzamy się pobrać napotkaliśmy niezręczną ciszę.. Yyy.. A gdzie radość i gratulacje?! No to było (chyba) trochę później. Natomiast znajomi przyjęli to jako kolejny etap w naszym życiu i znieśli (powiedzmy), że znacznie lepiej ten fakt.

Poszliśmy do urzędu i  zarezerwowaliśmy datę – we Wrocławiu. W końcu to będzie bardzo mała i skromna uroczystość. Obiad dla rodziców i rodzeństwa oraz jakaś kawa i finito. Przynajmniej taki był plan wstępny.. Jednak finał okazał się całkiem inny 🙂

Skoro mamy datę i godzinę w urzędzie czas znaleźć obrączki. To też było lekkie wyzwanie, bo od żółtego złota robią mi się czarne palce, białego nigdy nie miałam. Srebro trochę za miękkie na obrączkę, którą mam nosić całe życie.. Ale przecież dla zakochanych nie ma rzeczy niemożliwych. Mamy tytanowe obrączki ze wygrawerowanym znakiem nieskończoności, a na mojej obrączce jest malutki diamencik – naprawdę uroczy.

Potem rezerwacja lokalu i wybór menu – tydzień później rezygnowaliśmy z tego wszystkiego, bo przenosiliśmy imprezę w nasze rodzinne strony.. No, ale o tym za chwilę!

Kolejnym punktem w naszym harmonogramie były ciuchy.. Ale to było tylko w moim harmonogramie zadań, bo u Tomka jeszcze pojawił się wpis (który był dla mnie niespodzianką) – zaręczyny! Na prawdę nie myślałam o nich skoro wszystko inne było już załatwione to po co one? Ale niezmiernie się cieszę, że były. To było najbardziej romantyczne wydarzenie w moim życiu, ale o szczegółach innym razem. Ale powiem, że scena z filmu mogłaby z tego być 🙂

Czas na suknie i garnitur

Nigdy nie chciałam mieć białej sukni ślubnej i welonu.. więc nie miałam! Ale i tak poszłam do salony sukien ślubnych po przymierzać różne kroje białych sukien. Tu muszę zacytować dialog jaki odbyłam po rozejrzeniu się po salonie, kiedy podeszła do mnie ekspedientka.

  • Dzień dobry, czy ma Pani wymarzoną suknie ślubną?
  • Nie. Rozglądam się.
  • A na kiedy potrzebowałaby Pani suknie ślubną?
  • Na 13 października tego roku. (Był to ostatni weekend sierpnia)
  • A w którym tygodniu ciąży Pani jest? Będzie nam łatwiej dobrać krój..
  • (mój szok) A nie ja tak nietypowo biorę ślub z miłości.

Po czym, gdy wypowiedziałam te słowa z kabin przebieralni wyszły dwie przyszłe panny młode jedna w dość zaawansowanej ciąży – upierająca się przy gorsecie – a druga z dopiero rosnącym brzuszkiem. Wtedy dotarło do nie skąd pytanie Pani w salonie.

Kiedy poszłam kupić swoją suknie to zajeło mi to 45 min… Tak długo, bo suknia miała gorset, który trzeba było dociągnąć. Byłam dosłownie w dwóch sklepach i znalazłam coś na tyle oryginalnego w cudownym kolorze i do tego jeszcze całe z koronki. Weszłam, przymierzyłam, zapłaciłam i wyszłam. Za to dodatki kupowałam trochę dłużej i tu do końca nie trafiłam w to co chciałam.

Natomiast kupowanie garnituru zajęło nam 4 całe weekendy!!! Gdyż Tomasz jest ma podwójny slim w koszulach i pojedynczy slim w marynarce.. I znaleźć spodnie odpowiednio długie i wąskie w pasie nie było takie łatwe, a przecież marynarka też musi doskonale leżeć. Więc dopiero w Pierre Cardin trafiliśmy na odpowiedni. Choć tu również przeprowadziliśmy ciekawy dialog w trakcie przymierzania garnituru. Pani gwarantowała, że to taki nie typowy krój i wszystkie przeróbki są w cenie. Tomek wyszedł z przebieralni, a garnitur leżał na nim, tak jakby był szyty dla niego.

U Tomka znalezienie dodatków poszło raz, dwa, trzy wszystko w jednym sklepie 🙂

Pierwszy taniec

Pierwszy taniec to coś jest w nim magicznego i to była jedyna rzecz związana ze ślubem, o której gdzieś w życiu wcześniej myślałam. Uważałam, że jak już komuś uda się mnie usidlić (bo tak wtedy traktowałam ślub) i pozwoli osiąść gdzieś na dłużej musi też dla mnie coś zrobić.

Miałam marzenie, że zatańczę na swoim ślubie albo pasodoble albo tango argentyńskie. I wiecie co zatańczyłam tango argentyńskie. Ćwiczyliśmy w garażu (możesz to zobaczyć tutaj) i to z YouTuba! Wyszło nam nieźle jak na opanowanie 38 kroków podstawowych w niespełna dwa miesiące.

To był też mega wysiłek fizyczny dzięki, któremu przed ślubem zrzuciłam cały rozmiar. Więc do ślubu miałam już 36/38 zamiast 38/40 🙂 To było mega fajne i jeszcze przyjemne, bo taniec to jest coś co nas łączy. Czujemy się w nim oboje bardzo dobrze, ale ze sobą rozumiemy się na parkiecie bez słów wystarczą spojrzenia.

Zmiana miejsca

Niespełna miesiąc przed ślubem wszystko przenosiliśmy z Wrocławia do naszego rodzinnego miasta. Powiem szczerze, że to było bardzo duże wyzwanie organizacyjne. Na szczęście wszyscy tam się znają, więc poszło wszystko po znajomości! Catering, lokal to wszystko zostało zrobione w JEDEN weekend (bo więcej czasu nie mieliśmy).

Kwiaty zamawiałam przez telefon, a mamie wysłałam zdjęcie jakie chce mieć oraz w jakim kolorze mają być. Jej zadaniem było sprawdzenie czy dobrze się z kwiaciarką zrozumiałyśmy. Dekoracje sali zrobiłyśmy z siostrą same, a tort piekła nam chrzestna.

I tym sposobem uroczystość została przeniesiona. W urzędach też poodpinaliśmy wszystko, ale datę i godzinę zostawiliśmy tą samą.

Koniec przygotowań do ślubu

Koniec przygotowań nastąpił rano. Zaraz po zrobieniu fryzury i makijaży.. Założeniu sukienki, pierścionka zaręczynowego i przybyciu do urzędu stanu cywilnego. Wtedy nastąpił koniec tej lataniny i stanęliśmy przed sobą. Trochę stremowani, zmęczeni, ale szczęśliwi i bardzo zakochani. Złożyliśmy sobie przysięgę i udaliśmy się na sale weselną, gdzie balowaliśmy do późnych godzin nocnych.

Po 5 latach…

Na weselu był nasz taniec, rodzina, tort i lampiony. Wiele rzeczy z perspektywy czasu zmieniłabym po za jedną. Na pewno poślubiłabym tego samego faceta 🙂

Znamy się prawie 15 lat, czyli prawie połowę mojego życia. Przeszliśmy przez różne etapy znajomości, przyjaźnij, partnerstwa, nienawiści i płomiennej miłości. Znaleźliśmy się po latach w zgiełku życia codziennego. Jak ktoś nie wierzy, że to było przeznaczenie. Jego sprawa, ale ja wiem, że Wszechświat wiedział co robi łącząc nasze drogi.

Te 5 lat małżeństwa zmieniły nas oboje na lepsze. Jesteśmy jak jedna komórka i działamy wspólnie na wielu płaszczyznach życia. Dajemy sobie ogromne wsparcie, ale i  potrafimy wyrazić konstruktywną krytykę. Zachowujemy siebie i wyrażamy emocje, uczucia oraz ukazujemy całą prawdę o nas samych przed sobą.

Życzę Tobie, abyś trafiła na bratnią duszę w tym pędzącym świecie. Takie dusze są zawsze gdzieś koło nas tylko nie zawsze od razu je dostrzegamy.

Pozdrawiam,

Anka <3

 

Dodaj komentarz